Cry me a river

„Cry Me a River”

To będzie opowieść o niuansach i kreatywności, czyli o czymś, co decyduje,  że piosenka jest wprowadzona na wyżyny sztuki. Niuanse to domena wytrawnych, doświadczonych artystów, którzy nad jednym  taktem utworu mogą pracować tygodniami. Te drobiazgi później sprawiają, że zachwycamy się pewnym konkretnym wykonaniem, nie mając nawet świadomości dlaczego. Z kolei kreatywność, która prowadzi do powstania nowatorskich wersji znanej piosenki, jest pozornie łatwiejszym sposobem na zwrócenie uwagi.  Na szczęście kreatywność nie koniecznie musi iść w parze z maestrią, stąd nawet ktoś początkujący może nas zainteresować jednym utworem, poruszyć świeżością swojego pomysłu. Zdarza się, że ktoś taki ma pomysły na więcej niż jeden utwór – w takim przypadku jesteśmy świadkami rodzenia się gwiazdy-wizjonera. I tutaj, podobnie jak u artystów bardzo doświadczonych, zachwycamy się propozycją artystyczną, bez dogłębnej analizy koncepcji. Zobaczmy jak kreatywność lub drobiazgowy profesjonalizm mogą tworzyć nowe wersje coverów. Inspirację do tych rozmyślań dała mi wiecznie żywa piosenka „Cry Me a River”.

Utwór został skomponowany przez Arthura Hamiltona. Piosenka miała być zaśpiewana w filmie „Pete Kelly’s Blues” przez samą Ellę Fitzgerald. Ostatecznie pojawiła się tam inna piosenka, a pierwszą wykonawczynią „Cry Me a River” była Julie London. Utwór zaistniał w innym filmie („The Girl Can’t Help It) i bardzo szybko stał się wielkim przebojem, osiągając 9 miejsce bestsellerów na rynku amerykańskim.

Aby dobrze zrozumieć sens piosenki, warto przetłumaczyć sobie sam tytułtu nie chodzi o płaczącą rzekę. Określenie „cry me a river” jest związkiem frazeologicznym, oznaczającym najczęściej reakcję na narzekanie i sugerującą płaczącej osobie, aby nie wylewała morza łez i wreszcie wzięła się w garść. W tym więc przypadku, co jest istotne dla spójności interpretacji, osoba śpiewające mówi: „wystarczająco ciężko przeżyłem już nasze rozstanie, więc teraz, choćbyś nawet wypłakała morze łez, to nic to nie zmieni”.

Słodkie drobiazgi

Piosenka napisana w formie ballady jazzowej od początku spotkała się z dużym zainteresowaniem, głównie wśród artystów tego właśnie gatunku. Nic dziwnego więc, że wykonywali wszyscy najwięksi artyści: Ella Fitgerald, Dianah Washington, Cher, Alicja Keys, Norah Jones, Natalia Cole, Alison Moyet, Frank Sinatra, Barbra Streisand. Ich wykonania świetne, ale na ogół dosyć przewidywalne i bardzo podobne. Dlatego o klasie wykonania najczęściej decydują drobne szczegóły, które w decydujący sposób wpływają na ostateczny kształt wykonania.

Ella Fitzgerald, znakomita wokalistka jazzowa, zaśpiewała piosenkę w klimacie murzyńskiej pieśni buntu. Zachwyca tutaj głównie piękną barwą, a jej niewielkie ekwilibrystyki wokalne podkreślają sens interpretacjipodobne figury melodyczne często stosowane były w murzyńskich pieśniach opartych najczęściej na improwizacji. Uwagę w tym wykonaniu zwraca także bardzo oszczędny akompaniament.

Zupełnie inną, wręcz kontrastującą wersję nagrał Ray Charles. Tutaj słyszymy zdecydowaną, męską interpretację, podkreśloną  big-bandowym akompaniamentem. Ta „rozbujana” swingująca, wersja cały czas podporządkowana jest jednak tekstowi.

Kolejna gwiazda muzyki nastrojowej, Diana Krall pokazuje, że do każdego utworu należy podchodzić z pokorą i szacunkiem. Jej wersja jest eleganckabardzo ładnie rozwija się dramaturgia, a cały akompaniament podporządkowany jest ciekawej, osobistej interpretacji.

Z tych trzech świetnych nagrań zapewne każdy wybierze swoje ulubione. Mimo ewidentnych różnic koncepcyjnych, wspólnym mianownikiem tych wersji jest absolutne podporządkowanie akompaniamentu interpretacji wokalisty. Okazuje się, że wielkość instrumentarium nie ma tak dużego znaczenia, pod warunkiem, że wynika ona z koncepcji interpretacyjnej. Znacznie gorzej jest, gdy jest odwrotnie, a takich przykładów jest na rynku wiele.

Wizje artystyczne

Osobny rozdział w życiu „Cry Me a River” to wykonania odważne, w których forma i nowatorstwo w podejściu do utworu na pierwszym planie. Takie podejście to domena głównie młodych lub mniej znanych artystów, którzy mają świadomość, że na poziom Ray’a Charles’a lub Niny Simone mają jeszcze czas.

Jeff Beck, brytyjski gitarzysta rockowy kojarzony z nieco cięższą muzyką, w tym przypadku potrafił się podporządkować nastrojowi utworu. Jego wersja wyróżnia się ciekawym klimatem i umiejętnością  budowania nastroju. Niewątpliwie muzycy, którzy potrafiliby zagrać bardziej wyraziście lub wirtuozersko, jednak w tym przypadku to nie o to chodzi. Środki wyrazu zastosowane przez Beck’a właściwie dobrane do koncepcji utworuTakiej wersji słucha się z przyjemnością.

Podobnego zabiegu dokonała Bjork, wokalistka wyjątkowa i ciągle zaskakująca. W tym stosunkowo grzecznym wykonaniu wokalistka zaśpiewała tak wyraziście, że jej osobiste piętno zdominowało całe nagranie. W tej wersji, oprócz sugestywnej wokalistki wyróżnia się niezwykle ciekawy akompaniamentjeden instrument potrafi stworzyć zamierzony klimat. Mała rzecz, a cieszy.

Jeszcze bardziej osobiście potraktował piosenkę Jai, artysta z kręgów bossa-novy. Na pierwszy rzut ucha to nagranie jest nieco odległe od pierwowzoru, jednak warto zwrócić uwagę, że linia melodyczna piosenki została tutaj odtworzona wiernie. Dodatki we wstępie i środku utworu dodają jedynie pikanterii, udowadniając, że przemyślana koncepcja zawsze się obroni.

 Na największe odjechanie od oryginału pozwolił sobie Joe Cocker. Co prawda jest to nagranie sprzed ponad 40 lat i szkoda, że tak złej jakości. Wokalista  nigdy później tej piosenki nie nagrał ponownie. Był to tylko jednorazowy a tak udany  eksperyment. Szkoda.

W porównaniu z Cockerem wersja Charry’ego Connick’a Jr. może się wydawać tradycyjna. W tym jednak przypadku mamy do czynienia z interpretacją „z przymrużeniem oka”. Wokalista pozwolił sobie na rodzaj pastiszu, który dzięki ciekawej interpretacji tekstu brzmi bardzo wiarygodnie. Ten lekko żartobliwy smaczek jest dodatkowo podkreślony ciekawym akompaniamentem, pozostającym cały czas  w kontrapunkcie z wokalistą. Mała rzecz, a cieszy.

W dzisiejszej opowieści nie może zabraknąć Michale’a Buble’a. Ten niekwestionowany mistrz coverowego śpiewania, mający w swym dorobku wiele uznanych standardów muzyki rozrywkowej, jak zwykle przekonuje, że dobre wykonanie starej piosenki wymaga nie lada umiejętności i wyobraźni. Jego wersja nie jest ani szczególnie oryginalna, ani artystycznie zaskakująca. Jednak to co słyszymy w jego wykonaniu, to maestria najwyższej próbyInteresujący, stylizowany na bigbandy z poprzedniego wieku akompaniament, w połączeniu z sugestywną, zdecydowaną interpretacją artysty, pozwala przeżyć coś naprawdę interesującego. Krótko po tym wykonaniu na całym świecie pojawiło się mnóstwo młodych wokalistów śpiewających piosenkę. Nie ma w tym nic niezwykłego, bo ciekawy utwór, gdyby nie fakt, że ci młodzi ludzie imitują Michaela Buble. Cover covera? Nie! Raczej żałosne naśladownictwo. Sam Buble także ma chyba emocjonalny stosunek do tej piosenki, skoro zdecydował się rozpocząć nią swój ostatni koncert w Polsce (Gdańsk, kwiecień 2012).

Na zakończenie zostawiłem nagranie, które nie mieści się w żadnej z opisanych konwencjiJoachim Kuhn, niemiecki pianista jazzowy, za pomocą jednego instrumentu potrafi wyczarować sztukę na najwyższym poziomie. Tak naprawdę jego wersja jest trudna do zaszufladkowania gatunkowego. Takiego stanu życzę wszystkim artystom. Chyba lepiej mówić o kimś, że jest interesujący artystą, niż tylko dobrym wokalistą jazzowym.

 Po wysłuchaniu zaprezentowanych tutaj wersji trudno jednoznacznie ocenić, co jest bardziej wartościowewizjonerska koncepcja, czy skupianie się na detalach wykonawczych. Jedno jest jednak pewne: zanim zaczniemy ludziom proponować naszą sztukę, najpierw sami powinniśmy dokładnie wiedzieć, co chcemy przekazać. Taka drogaod koncepcji, przez twórcze poszukiwania zamierzonego efektu i dopracowywanie szczegółów – ma wielkie szanse zakończyć się sukcesem. Wtedy będziemy spodziewać się poziomu artystycznego, na jaki wzbiły się wszystkie wykonania, o których rozmawialiśmy.

Wojciech Wądołowski

sierpień, 2012 r.