Ain’t No Mountain

 

Ain’t No Mountain High Enough

Dzisiaj przyjrzymy się zjawisku, w jaki sposób z piosenki o miłości może powstać utwór symbolizujący optymizm i odwagę. Sądząc po licznych przykładach uczestnictwa tej piosenki w życiu Amerykanów, aż trudno uwierzyć, że w Polsce nie jest szczególnie popularna. Zacznijmy jednak od początku, czyli pierwszego nagrania z 1967 roku.

Piosenkę napisali Nicolas Ashford i Valerie Simpson dla wytwórni Tamala Motown. Pierwszym wykonawcą był pierwszy głos wytwórni Marvin Gaye, który do duetu zaprosił początkującą wokalistkę  Tammi Terrell. Nagranie bardzo szybko zostało zauważone przez stacje radiowe, stając się wielkim przebojem, jednak niestety na krótko. Dopiero wersja Diany Ross z 1970 roku wprowadziła piosenkę na należyte miejsce. Najpierw jednak to miejsce osiągnęła wokalistka – wykonanie „Ain’t No Mountain High Enough” było pierwszym sukcesem solowym po rozstaniu się z zespołem Supremes. I ten sukces był spektakularny: numer 1 na liście Billboard Hot 100 i pierwsza nominacja do nagrody Grammy. Wersja Diany Ross znacząco różni się od oryginalnego nagrania, jest bardziej dramatyczna i jakby mówiąca trochę o czym innym.

Być może właśnie ta interpretacja przyczyniła się do trochę innego odbierania tekstu piosenki.

Listen baby, ain’t no mountain high,
Ain’t no valley low, ain’t no river wide enough baby
If you need me call me no matter where you are,
No matter how far; don’t worry baby
Just call my name; I’ll be there in a hurry
You don’t have to worry,

Oh baby there ain’t no mountain high enough,
Ain’t no valley low enough,
Ain’t no river wide enough
To keep me from getting to you babe

Remember the day I set you free
I told you you could always count on me darling
From that day on, I made a vow,
I’ll be there when you want me,
Some way, some how

Oh baby there ain’t no mountain high enough,
Ain’t no valley low enough,
Ain’t no river wide enough
To keep me from getting to you babe

Oh no darling
No wind, no rain
Or winters cold can stop me baby, na na baby
‚Cause you…

W wykonaniu oryginalnym nie ma wątpliwości, że chodzi o wyznanie miłosne. Podkreślone to zostało jeszcze bardziej dzięki wykonaniu przez męsko-damski duet. Zresztą analiza tekstu nie pozostawia złudzeń, czemu poświęcona jest ta piosenka. Dlatego z dużą uwagą należy przyjąć niezwykle częste pojawianie się utworu przy innych okazjach. Najbardziej spektakularnym jest tutaj fakt zaśpiewania piosenki w szatni przez zawodników ligi amerykańskiej po wygraniu meczu. W Polsce, w podobnych sytuacjach, śpiewa się zupełnie inne piosenki. I może właśnie to jest odpowiedź na ogromną różnicę kulturową – podczas gdy u nas niektóre utwory przyjmuje się z nabożeństwem, w USA traktowane są niemalże jak piosenki biesiadne. I zapewne też nieprzypadkowo tak często utwór pojawia się w filmach: „Mamuśka” (piosenkę śpiewa Susan Sarandon), „The Poker House” (Jennifer Lawrence), „Nasz przyjaciel, Martin” (Debelah Morgan), „Tytani” i „Zakonnica w przebraniu 2”. I właśnie nagranie z tego ostatniego filmu, między innymi z udziałem Woopy Goldberg, jest kwintesencją optymizmu. A przy okazji warto zauważyć, że ta wersja dała „sugestie” wielu wykonawcom nowych wersji.

Wracając do wersji wyłącznie muzycznych należy podkreślić, że tej piosence udało się uniknąć zaszufladkowania. Najczęściej jest tak, że piosenka wykonywana oryginalnie w duecie, do końca zostaje zapisana w pamięci artystów jako utwór dla 2 osób – przykładów tutaj jest mnóstwo. Dlaczego tym razem jest inaczej? Nie wykluczam, że to kolejna zasługa Diany Ross.

Przykładów dobrych, współczesnych wykonań jest sporo, dlatego usiłowałem znaleźć takie wersje, które nie ingerują w pierwotną kompozycję i nie starają się epatować umiejętnościami wokalnymi, bo ta piosenka do tego wręcz prowokuje. Oto więc profesjonalne, nieprzekombinowane wykonanie Michaela McDonalda.

Bardzo ciekawa jest koncepcja zespołu Inner Life. Pomysł przekształcenia piosenki w hit dyskotekowy początku lat 80-ych ubiegłego wieku nie jest niczym szczególnym, takie rzeczy zdarzają się powszechnie. W tym jednak przypadku warto zwrócić uwagę, że zespół podszedł do swojej wersji z dużym pietyzmem i szacunkiem.

Na zakończenie, w ramach klamry, proponuję wykonanie w duecie. Za każdym razem, kiedy pozwalam sobie na przykłady z programów typu talent show, muszę się tłumaczyć, że to wyjątek. Teraz też tak oczywiście jest, bo piosenka jest niemalże etatowym utworem we wszystkich programach dla wokalistów, zwłaszcza gdy musi wystąpić duet. Poziom tych wykonań jest zazwyczaj marny, jednak w tym jednym przypadku z amerykańskiego The Voice nie można pozostać obojętnym. To wykonanie to dowód na to, że czasami nie warto kombinować i szukać dodatkowych upiększeń, wystarczy jedynie włożyć serce i talent, i po prostu cieszyć się swoim wykonaniem. A już na marginesie zostawiam pytanie, czy w Polsce są profesjonalni wokaliści, którzy byliby w stanie zaśpiewać na podobnym poziomie.

 

Wojciech Wądołowski

grudzień, 2016 r.