Calling You

„Calling You” 

Dzisiaj piosenka “Calling You” znana z filmu Bagdad Café, ale też spopularyzowana przez wielu innych artystów. Zacznijmy od wykonania Jevetty Steele ze wspomnianego filmu. 

Bagdad Cafe to film ciekawy; historia Niemki, która rozstawszy się z mężem (jak mówią słowa piosenki: gdzieś między Las Vegas, a pustkowiem) zaczyna pracować w podupadającym motelu (od jego nazwy pochodzi tytuł filmu). Piosenka zaplanowana jako element promocji filmu jest do niej uszyta na miarę i rzeczywiście pasuje idealnie – oddaje emocje, które widzimyśledząc losy głównej bohaterki. 

A desert road from Vegas to nowhere 
Some place better than where you’ve been
A coffee machine that needs some fixing
In a little café just around the bend

I am calling you
I know you hear me
I am calling you

A hot dry wind blows right thru me
The baby’s crying and I can’t sleep
But we both know a change is coming
Coming closer sweet release

I am calling you
I know you hear me
I am calling you oh

I am calling you
I know you hear me
I am calling you oh

A desert road from Vegas to nowhere
Some place better than where you’ve been
A coffee machine that needs some fixing
In a little café just around the bend

A hot dry wind blows right thru me
The baby’s crying and I can’t sleep
And I can feel a change is coming
Coming closer sweet release

I am calling you
Can’t you hear me?
I am calling you oh 

Piosenka od razu stała się popularna, żyjąc swoim, a nie wyłącznie filmowym życiem. Bardzo szybko także zastała “zagospodarowana” przez wokalistki, które często grają na uczuciach słuchacza tanimi sztuczkami. Taka wokalistyka, skąd inąd mająca olbrzymią grupę odbiorców na całym świecie, nigdy nie  była moją ulubioną. Tutaj znajdujemy słynną wersję Celine Dion, a także propozycje Barbary Straisand, George Michael’a  i wielu innych artystów. W Polsce mamy Edytę Górniak i ostatnio szalenie popularną Dorotę Osińską. (Jej wykonanie w The Voice of Poland spowodowało, że niemal przy każdym wykonaniu tej piosenki w sieci, jest jakiś polski komentarz w stylu „ładne nagranie, ale Dorotka jest lepsza”.) Ta grupa wspomnianych wokalistek prezentuje styl tzw. wydarcia japy, niezależnie od okoliczności. Chodzi najwyraźniej o to, aby słuchacza doprowadzić do zachwytu, pokazując  wszystkie możliwości głosowe. Ma być mocno, tkliwie i w efekcie – tandetnie.

Na tym tle  niezwykle interesująco brzmi wykonanie wokalistki klasycznej, Lorraine Hunt Lieberson. Tutaj wyjątkowo nie przeszkadza mi zaśpiewanie piosenki ustawionym głosem, w technice bel canto. Dzięki temu piosenka jest nieco magiczna, a bardzo oszczędne wykonanie z minimalistyczną partią fortepianu sprawia wrażenie, że to kompozycja muzyki kameralnej XIX wieku.

  

Inna, tam razem bardziej popowa propozycja, to wykonanie Holley Cole. Jej wersja oparta jest na ciekawej koncepcji, dzięki której piosenka nie jest tak potulna jak zazwyczaj. Holley pokazuje tutaj pełniejszą paletę emocji związanych z miłością i tęsknotą, a świetny akompaniament jest tylko dopełnieniem całości.

  

Już dawno zauważyłem, że są piosenki, które z nieznanych powodów przypisane są do plci wykonawcy. Najczęściej kompletnie nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje – prawdopodobnie chodzi tutaj o zjawisko paradygmatu, przyjęcie jakiegoś założenia bez prób jego podważenia. Jeśli pierwsze wykonanie jest damskie, to do takiej szuflady zostanie ono włożone i potem potrzeba naprawdę dobrego, świadomego artysty, aby tę szufladę zmienić.  W piosence „Callin You” to założenie jest jeszcze bardziej podkreślone przez tekst, bo pewnie niektórym panom trudno sobie wyobrazić, aby tak mocno eksponować  swoje emocje, takie chociażby jak tęsknota za ukochaną.

Na szczęście są artyści, którzy podeszli do tego utworu bez kompleksów. Na przykład Jeff Buckley, który nagrał ciekawą, skromną wersję z gitarą. Jego naturalna interpretacja, skręcająca delikatnie w stylistykę rockową,to przede wszystkim spokój i prawda. To zdecydowanie lepszy efekt, niż epatowanie swoim niewiarygodnym głosem, jak to słyszymy wielokrotnie w wykonaniach damskich.

  

Także tym razem nie zawiódł mnie mój ulubiony George Benson. Ten wielki artysta pokazuje, że do wykonania obcego repertuaru nie wystarczy tylko to, że piosenka nam się podoba. Dobra koncepcja wykonawcza, a dopiero potem aranżacja i interpretacja, to obowiązkowa droga, którą twórczy artysta powinien przejść. Żeby nie było wątpliwości: słowo „twórczy” użyłem świadomie, chociaż zdaję sobie sprawę, że to lekka tautologia. Jednak dzisiaj, przy dewaluacji słowa „artysta” warto takie rzeczy podkreślać. W porównaniu z wszystkimi prezentowanymi tutaj wersjami, nagranie Bensona jest wyjątkowe – zgrane inaczej. I to jest właśnie najlepszy wykładnik artyzmu.

  

Dopiero teraz warto posłuchać nagrania Boba Telsona, kompozytora piosenki. Jego nagranie, pochodzące z tego samego roku, co premiera filmu „Bagdad Cafe” (1987)  jest nieco inna. Nie wchodząc w dyskusję które z obu  nagrań jest ciekawsze, to właśnie ta wersja powinna być uważana za pierwowzór.

  

Na koniec zostawiłem nagranie korespondujące z tym pierwszym, z filmu. Propozycja szwedzkiego producenta Christiana Falka to współczesna wersja starszego utworu. Falk wykorzystał tutaj ścieżkę wokalną z wersji filmowej i dodał jedynie kilka smaczków aranżacyjnych . I to „jedynie” jest tutaj receptą na sukces – niewielka, ale przemyślana i inteligenta ingerencja w utwór to właśnie styl, który nie bezczeszcząc oryginału dopasowuje go do czasów współczesnych.

  

No i co? Można nagrać ciekawą, nie kiczowatą wersję? Można, jak najbardziej. Jednak do tego potrzeba pokory, talentu i szacunku dla słuchaczy. Mam na myśli tych trochę bardziej świadomych słuchaczy, na przykład takich jak czytelnicy tego artykułu.

 Wojciech Wądołowski

lipiec, 2013 r.